Księga Henrykowska

Księga Henrykowska

Henryków klasztor zabudowania z XVII w

Henryków klasztor zabudowania z XVII w

Pierwsze zdanie po polsku zapisano w Księdze henrykowskiej. Zdanie to zapamiętują miliony uczniów w szkołach. Ale czym była kiedyś i czym jest teraz sama księga? Gdzie się znajduje? Dlaczego i przez kogo została napisana? Na te i kolejne pytania odpowiedzieć mogą tylko nieliczni znawcy tematu. Warto więc coś niecoś o niej napisać, bo jest to zabytek szczególny, jedyny i niepowtarzalny w całej Polsce.

Pierwsze zdanie napisane po polsku?
We wczesnym średniowieczu powstało w Polsce niewiele dokumentów pisanych. Nawet akty prawne rzadko kiedy były spisywane. Prawo zwyczajowe wytworzone i stosowane przez stulecia w czasach pogańskich, a dotyczące praw własności nie zmieniło się wraz z przyjęciem chrześcijaństwa. Było ono dość proste. Zwoływano wiec i ogłaszano publicznie w obecności świadków wolę panującego lub właściciela dóbr. Decyzja trwała więc potem w tradycji i pamięci ludzi. Musiała być szanowana i stosowana przez zainteresowane strony. Sytuacja gwałtownie zmieniła się, kiedy zaczęto sprowadzać kolonistów, zakładać miasta i wsie. Nowi mieszkańcy opierali swój byt na nowoczesnych zasadach zawartych już tylko w prawie pisanym. Pojawiły się wtedy dokumenty lokacyjne. Spisywano w nich prawa dla mieszkańców, obszar przyznanej im ziemi czy np. prawa do eksploatacji górniczej. Pisano też modlitewniki, przepisywano biblię czy psalmy. Wszystko to było bardzo drogie. Pergamin i papier kosztowały zbyt wiele, żeby służyły do zapisywania błahostek. Do „korespondencji roboczej” np. między kupcami używano w Polsce chyba kory brzozowej. Jedyny taki zabytek ocalał w Kijowie, więc i u nas mogło być tak samo.
Język polski z trudem wchodził w użycie w tekstach pisanych. Były dwie ważne przeszkody. Polacy do chrztu w 966 r. nie używali pisma. W Europie używano łaciny. Przyjęty z tego języka alfabet nie miał głosek nosowych, trudno też było zapisać w nim „sz” i „cz”. Ktoś musiał dokonać ustalenia zasad pisania i to dość uniwersalnych dla wszystkich czytelników.
Drugą ważną przeszkodą był brak odpowiedników słów w języku polskim w stosunku do łaciny, zwłaszcza w sferze pojęć abstrakcyjnych. W początkach naszej państwowości ludziom dobrze wykształconym łatwiej było opisać i wytłumaczyć skomplikowane sprawy po łacinie. Ale życie nie znosi próżni. Łaciną posługiwała się tylko wąska elita społeczna. Kazania dla prostego ludu trzeba było głosić po polsku. Po polsku rozmawiano w sporej części dworów piastowskich. Musiano wprowadzać nowe pojęcia, żeby tłumaczyć skomplikowane zagadnienia religijne, wojskowe czy administracyjne. Nasz język poszerzał szybko swoje słownictwo. Po kilkuset latach pisanie po polsku było już możliwe i wręcz niezbędne. Tych najstarszych tekstów w naszym języku przetrwało jednak niewiele.
Nie wiemy, czy wcześniej nie napisano gdzieś indziej w innym dokumencie jakiegoś zdania w języku polskim. Burzliwa historia Polski z licznymi wojnami, utrata niepodległości państwa nie sprzyjały zachowaniu starych archiwów. Bardzo często najeźdźcy wręcz celowo niszczyli niewygodne dla nich dokumenty, żeby osiągnąć doraźne cele polityczne i gospodarcze. Być może istniały inne, starsze zapisy w języku polskim, ale nie dotrwały do naszych czasów. To pierwsze zdanie w Księdze henrykowskiej nadal jest najstarszym zdaniem.
Dlaczego ją napisano?
W 1241 na Polskę najechali Mongołowie. Potem nastąpiły liczne wojny domowe. W rezultacie kolosalnych strat w ludziach, wielkiego zamieszania politycznego powstała potrzeba uporządkowania spraw własnościowych. Prawo zwyczajowe zaczęło zanikać, a „pojawił się popyt” na dokumenty i prawa pisane. Wyprodukowano wtedy liczne dokumenty – akty prawne, które były falsyfikatami. Spora część z nich wcale nie musiała być próbami zawłaszczenia określonych dóbr. Była tylko odtworzeniem poprzednich praw przynależnych do jakiegoś miasta czy klasztoru, a nadanych kiedyś według starych bezpiśmiennych zasad.
Powodem napisania Księgi henrykowskiej było stosowane jeszcze wtedy na Śląsku tzw. „prawo bliższości”. Był to relikt własności rodowej. Prawo to polegało na tym, że każdy akt sprzedaży lub nadania ziemi mógł być sądownie unieważniony przez któregokolwiek z krewniaków sprzedającego jeżeli o zamierzonej transakcji nie został wcześniej zawiadomiony. Przy takim unieważnieniu zwracano cenę nabycia, bo krewniak był „bliższy”do jej własności.
Prawo to w XIII w. stopniowo zaczęło zanikać na rzecz indywidualnego prawa własności, a współrodowcom pozostało prawo pierwokupu ziemi rodowej. Klasztor w Henrykowie miał spore kłopoty z realizacją prawa bliższości. Ażeby uniemożliwić dalsze roszczenia do ziem zakonnych postanowiono dokładnie opisać dzieje wszystkich posiadanych wsi. Powstały spis był „tajną księgą wewnętrzną” klasztoru w Henrykowie. Autor zdawał sobie sprawę, że w miarę upływu czasu poumierają bezpośredni świadkowie sprzedaży czy aktów nadania. Ustny przekaz łatwo może być, nawet niechcący, przeinaczony i stąd rodziła się obawa o możliwość podważenia praw własności w przyszłości. Autor pisze o tym wręcz bezpośrednio. Księga nie miała być opublikowana. Miała być encyklopedią wiedzy o klasztornych majątkach i miała być przydatna do rozstrzygania potencjalnych sporów w przyszłości.
Autentyzm dzieła
Dzieło ma wszelkie cechy ścisłej relacji. Konfrontacja z innymi źródłami historycznymi wypada korzystnie. Nie ma w nim prób przerobienia faktów na swoją korzyść, żeby ewentualnie powiększyć dobra klasztorne. Zresztą, stworzenie dzieła nieprawdziwego, korzystnego dla klasztoru i służącego do zawłaszczenia cudzej własności, a noszącego pozornie cechy autentyczności było zadaniem karkołomnym. Przy „zaplątaniu się w zeznaniach” łatwo wpaść w pułapkę własnych wywodów i zdemaskować nieprawdę. To mogło być groźne dla zakonników, bo w razie sporu dawało argument przeciwnikom. Badacze zauważyli tylko przemilczanie nielicznych kłopotliwych sytuacji, bądź marginalne ich potraktowanie w tekście. Jest też kilka nieścisłości, ale być może powstały w trakcie przepisywania dzieła, lub powstały przez najzwyklejsze pomieszanie dat, miejsc i faktów opisywanych po dłuższym, wieloletnim okresie od ich zdarzenia. Nawet najsprawniejszy umysł kronikarza może trochę się pomylić. Naturalnym zjawiskiem z upływem czasu jest eksponowanie tego lepszego kosztem gorszego.
Autor gloryfikuje fundatorów klasztoru. Było to normalne zjawisko w średniowieczu wśród zakonników klasztornych. Henryk Brodaty miał jednak na sumieniu nieco grzechów, o których autor milczy. Milczy, bo nie wypadało je wymieniać. Nie oznacza to, że oszukuje. Księga henrykowska ma wysoką rangę wśród badaczy średniowiecza. Nieliczni tylko kwestionują część tekstu. Za autentycznością przemawia bardzo solidna praca kronikarza.

Autor części pierwszej był często bezpośrednim świadkiem toczących się wydarzeń, był świetnie zorientowany w układach społecznych XIII w. Bywał na dworze książąt i w biskupstwach podzielonej na dzielnice Polski. Stamtąd czerpał wielką wiedzę prawną. Celowo nic nie napisał o ich działalności politycznej. Autor miał jednak wiedzę o toczących się sporach z bezpośrednich kontaktów z dygnitarzami świeckimi i kościelnymi. Zapewne aby nie drażnić potem swoim stanowiskiem którejś ze stron potencjalnych konfliktów. Czerpał wiele z dokumentów znajdujących się w archiwum klasztornym, ale po 1241 r. zasoby te musiały być przerzedzone. Bardzo cennym uzupełnieniem były gawędy z miejscowymi rycerzykami, chłopami i prostaczkami. To od nich zanotował podania i historie zachowane w tradycji lokalnej.
Posiadał więc idealne warunki do pracy kronikarza. Źródła czerpał w pełnym przekroju społecznym. Niepokój badaczy budzi tylko czas spisania księgi. Nie jest ona realizowana równolegle do powstania klasztoru, tylko po 1241 r. Zdziwienie badaczy budzi też liczba dokumentów zachowanych do naszych czasów. Jest ich dwa razy więcej niż przytoczonych w Księdze !. Dlaczego je pominięto? Dlaczego wobec niektórych autor celowo milczał? Może jego śmierć przerwała pracę nad całością dzieła?

Opis dzieła
„Księga henrykowska” jest dziełem niewielkim. Jej prawdziwy łaciński tytuł to: „Księga założenia klasztoru Najśw. Panny Marii w Henrykowie”. Składa się z dwóch części opisujących dobra klasztorne i dołączonego do nich katalogu biskupów wrocławskich. To dość dziwne dla nas zestawienie majatku kleru zakonnego z listą kleru świeckiego wyjaśnia sam autor. Wspomina on o wielkich zasługach biskupów wrocławskich dla klasztoru w Henrykowie. Zakonnicy powinni się więc gorliwie modlić za ich dusze, ażeby jednak wiedzieć dokładnie za kogo – to dołączona jest wspomniana lista. Jest to najstarszy zachowany spis tego typu na Śląsku.
Część pierwszą spisano, analizując najszerzej, w latach 1268-1273. Rękopis ten wykazuje cechy pisma z II poł. XIII w. Narracja tej części doprowadzona była do roku 1259.
Część druga powstała pół wieku po pierwszej. W swoim opowiadaniu doprowadzona jest do roku 1310. Ma cechy pisma z XIV w.
Umieszczony na końcu katalog biskupów ma znowu cechy pisma z XIII w. Wniosek jest jednoznaczny, ze całość zestawiono dopiero w XIV w.
Nieznanego pochodzenia są czerwone litery i dopiski.

Brukalice
Pierwsze zdanie po polsku znajduje się w opisie Brukalic. Autor precyzyjnie opisuje założenie wsi. Boguchwał, czeski rycerz służący na dworze Bolesława Wysokiego (zm. W 1201 r.), a więc jeszcze w XII w. dostał od księcia obszar ziemi „do 4 wołów” w miejscu obecnych Brukalic. Tenże Boguchwał pojął za żonę córkę jakiegoś kleryka, chłopkę grubą i niezdarną. (Nie powinno nas dziwić, że była to córka kleryka, bo celibat księży wprowadzono w Polsce dopiero w XIII w.). Ponieważ młyny wodne były w tamtych okolicach bardzo rzadkie, to żona Boguchwała musiała pracowicie mielić ziarno na żarnach ręcznych. Takie obrotowe żarno wydaje w trakcie pracy charakterystyczny chrobot, zwany bruczeniem. Litując się nad swoją ukochaną żoną Boguchwał sam się zaoferował do mielenia mąki mówiąc „day ut ia pobrusa a ti poziwai”. Co widząc mieszkańcy wsi nazwali go „Boguchwał Brukał”, a jego potomstwo Brukalice.
Zdanie to tłumaczyć można: „Daj, ja teraz pomielę, a ty odpocznij”, ale ze znaczenia słowa „poziwai” można tłumaczyć „spożyj sobie”, „zjedz sobie”. Ma to nieco humorystyczne brzmienie w zwrocie do grubej żony.
Precyzja z jaką opisano dzieje wsi Brukalice skłania nas do przyjęcia tej historii za autentyczną. Tylko, że… mówiący pierwsze zdanie po polsku był Czechem. Rodzi się naturalne pytanie, czy nie jest to zdanie po czesku. Ten problem rozwiązano uznając, że ów Czech żyjąc już na miejscu długie lata całkowicie przyjął miejscowy – polski język. Zwrócił się więc do swojej ukochanej żony po polsku. Tę dość chwiejną hipotezę utrzymuje się, bo brak innych zabytków piśmiennictwa jako materiału porównawczego. Nie można więc jej ani potwierdzić, ani obalić. Ponadto 750 lat temu różnice w obu językach nie były aż tak wielkie.

Jednostronne bogactwo
Księga henrykowska zapisana została tylko w jednym celu. Było nim udokumentowanie i opisanie praw majątkowych klasztoru do okolicznych ziem. Jest to niesłychanie jednostronna relacja: kiedy, od kogo, za ile kupiono jakąś wieś czy las. Czasami jest to opis wymiany dóbr. Nie jest to absolutnie kronika. Nie opisuje ona kolejnych losów klasztoru, budowy kościoła, wznoszenia zabudowań mieszkalnych i gospodarczych, dziejów konwentu i jego składu, działalności artystycznej. O tym Księga henrykowska milczy.
Nie mając nic przeciwko wiedzy o nabywaniu i lokacjach wsi, o rozwoju gospodarczym klasztoru chcielibyśmy wiedzieć choć trochę o pierwszych zakonnikach, o ich pracy, o działalności budowlanej. Nic nie wiemy o budowniczych, a kolejność budowy jest mozolnie rekonstruowana przez archeologów. Najczęściej odmienianym słowem w sprawozdaniach po badaniach jest „prawdopodobnie”.
Lektura Księgi henrykowskiej pozostawia więc spory niedosyt, bo przecież jej autorzy musieli świetnie znać dzieje klasztoru i mogli to opisać. Nie zrobili tego jednak, bo najważniejszy dla nich był aspekt materialny. Życzeniem zleceniodawcy było wykonanie spisu praw majątkowych. Jedynym wyjątkiem jest w niej bardzo szczegółowy opis ufundowania klasztoru. Nikt przedtem, ani potem w średniowieczu nie opisał tak szczegółowo podobnego zdarzenia. Niektóre dokumenty fundacyjne przetrwały w oryginale lub w odpisie, ale są to suche akty prawne, w których tylko czasami wymieniane są powody założenia klasztoru.
W tym jednostronnym, dość ubogim przekazie kryje się jednak wielkie bogactwo wiedzy. W księdze są bowiem obszerne opisy i uzasadnienia dlaczego klasztor ma prawa do tego czy innego majątku. Autorzy jakby niechcący opisali zwyczaje i tło społeczne na Śląsku na przełomie XIII i XIV w. związane z fundacjami klasztornymi, z nabywaniem i sprzedawaniem ziemi, z lokowaniem wsi a nawet z codziennym życiem i zwyczajami. Opisy są barwne, pełne szczegółów, spisane z talentem narracyjnym. Dokonała tego osoba świetnie znająca realia życia zakonnego. Dzieło to umożliwia dość dokładnie rekonstrukcję stosunków społecznych na Śląsku. Jest niezwykle cenne, ponieważ te sfery życia średniowiecznego nie zostały zapisane w innych źródłach.
Autor pierwszy i autor drugi
Jak zazwyczaj w średniowieczu autor jest nieznany. Liczyło się wtedy tylko dzieło, nie jego twórca. Księga henrykowska napisana jest ręcznie i wnikliwa analiza pisma wykazała, że pisało ją aż sześć osób. Nie oznacza to, że było tak wielkie grono autorów. Kilka osób zapewne pisało tekst pod dyktando kogoś, kto świetnie orientował się w dziejach klasztoru i w aspektach materialnych.
Autor części drugiej napisał, że kontynuuje dzieło swojego poprzednika, którym był „Piotr, niegdyś tego klasztoru opat i jeden z pierwszych jego budowniczych”. Z innych źródeł wiemy, że Piotr był opatem w latach 1259-1269. Tak więc rok 1269 to raczej nie jest data jego zgonu, tylko złożenia godności opackiej. Autor cz. 1 przystąpił do redagowania dzieła za rządów opata Gotfryda, o czym sam wspomina w tekście. Jeżeli to on spisał katalog biskupów wrocławskich, to data jego pracy może być przesunięta na lata 1268-1273. W tym przypadku stwierdzić można, że autorem pierwszym był Piotr, trzeci w kolejności opat w Henrykowie. Dzieła tego nie dokończył. Zarysowany w jego myślach plan dzieła rozrastał się w trakcie pisania. Świadczy o tym „pomylona” numeracja rozdziałów. Nowe treści wymusiły zmianę kolejności ułożenia tematów. Zapewne już pod koniec pracy, ale jeszcze przed jej skończeniem sędziwego kronikarza dopadła śmierć. Przepisujący ją z brudnopisu kolejni mnisi mieli kłopoty z poukładaniem dzieła według zamysłu autora. Dla świętego spokoju pozostawili numerację z brudnopisu, który nie doczekał się poprawek autora. I tak owa nielogiczność pośrednio potwierdza autorstwo opata Piotra.
Katalog biskupów wrocławskich najprawdopodobniej też napisał Piotr. We wstępie jest zdanie „my pierwsi zakonnicy…”. Pośrednio więc można jemu przypisać autorstwo.
Opat Piotr musiał być osobą wykształconą. Nic nie wiemy o jego pochodzeniu i edukacji. Sprowadzeni do Lubiąża cystersi byli Niemcami. Tam zapewne kształcił się i zapewne poszerzał wiedzę w szkole katedralnej we Wrocławiu. Autor świetnie znał łacinę i język niemiecki i być może język polski. Prawdopodobnie był synem pierwszych niemieckich kolonistów sprowadzonych na Śląsk na samym pocz. XIII w. Wychowany w otoczeniu ludności polskiej nie miał trudności z naszą mową, a z domu rodzinnego wyniósł znajomość niemieckiego. Skoro przybył do Henrykowa z pierwszą grupą zakonników w 1227 r., to musiał być już doświadczonym duchownym, zaprawionym w trudach i w pracy. Zapewne urodził się pod koniec XII w. W chwili pisania Księgi miał więc przekroczone 70 lat, czego nie można wykluczyć.
Tę hipotezę negują niektórzy badacze, ale prawdy nie dowiemy się już chyba nigdy.
O nagłej śmierci pierwszego autora świadczy ostatnie zdanie dotyczące Brukalic. Jest ono przerwane w połowie. Żaden, najbardziej zmęczony kronikarz nie przerywa swoich myśli w pół zdania. Zawsze je kończy. Tutaj ostatnie zdanie brzmi: „Oto powód, dlaczego Bogusza i Paweł, wielekroć już wspomniani bracia, ponieważ dwaj synowie”…
Zapewne w tym momencie sędziwy cysters zasłabł i już nigdy nie wziął pióra do ręki. W klasztorze zabrakło równie kompetentnej osoby, żeby dokończyć nawet opis Brukalic. Nic nie wiemy o jego śmierci i miejscu pochowania. Ale wyobraźnia podsuwa myśl, że umarł w klasztornym skryptorium nad stroną brudnopisu księgi, który był najwspanialszym dziełem jego życia. Dziełem, które Go przeżyło, za które należy Mu się pomnik. Powinna po nim pozostać pamięć kolejnych pokoleń mieszkańców Śląska.
Drugą część napisał zakonnik, który sam siebie określił jako „najmniejszy z braci”. Nie znamy jego imienia, a narracje zakończył na grudniu 1310 r. Zdecydowanie jego pisarstwo odznaczało się mniejszym talentem od Piotra. Nie przytacza też tak wielu szczegółów jak robił to poprzednik.
Najprawdopodobniej obaj autorzy byli Niemcami. W tekście nie ma jednak najdrobniejszej wzmianki o „niższości ludności polskiej w stosunku do napływających kolonistów niemieckich”. Takie niekorzystne wzmianki zachowały się w klasztorze w Lubiążu, który to klasztor był macierzysty dla Henrykowa.
Wypada tylko gdybać, jak wspaniale by było teraz poczytać kronikę klasztorną czy kronikę Śląska pióra opata Piotra. Nasza wiedza o epoce już nie byłaby taka fragmentaryczna. Taka osoba znająca najdrobniejsze szczegóły i będąca bezpośrednim świadkiem wielu ważnych wydarzeń to złoty skarb dla historyków. Opat Piotr ledwo odsłonił kurtynę pokazując dekoracje teatralne, a na prawdziwy dramat sceniczny zabrakło mu życia. Pomimo swej jednostronności Księga henrykowska to dzieło wyjątkowe, a w Europie prawie nie ma ono analogii. Cieszmy się więc tym świadectwem sprzed prawie 750 lat.
Księga henrykowska dzisiaj
Może i lepiej, że ten unikalny zabytek zdeponowany jest w Muzeum Archidiecezjalnym we Wrocławiu. Starodruki są częstym przedmiotem kradzieży. Chroni ją sejf.

Tekst i zdjęcia Witold Hermaszewski

About these ads

Informacje o Witold Hermaszewski

Jestem przewodnikiem po Sudetach i Wrocławiu oraz pilotem wycieczek zagranicznych. Z wykształcenia jestem inżynierem mechanikiem, a z zamiłowania krajoznawcą. Prowadzę szkolenia na przewodnika sudeckiego, mam kilkanaście tysięcy zdjęć ze Śląska oraz innych regionów Polski. Prowadzę wycieczki po Czechach i Niemczech. Interesuję się architekturą i sztuką, geologią i geomorfologią, ochroną przyrody i historią. Region sudecki to moja pasja.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje artykuły, Sudety polskie, Śląsk. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s